6 kwietnia 2014

Rozdział 15

Skuliłam się, oczekując kolejnych ciosów, ale te nie padły. Za to Kovac skinął ręką i do namiotu wprowadzono Max’a. Na mój widok nawet nie drgnął, tylko oczy mu pociemniały. Po chwili wylądował obok mnie, a Kovac zaczął mu zadawać te same pytania. Na które uzyskiwał te same odpowiedzi. I reagował na to jeszcze większą wściekłością. Kiedy Max wylądował na ziemi, skopany i sponiewierany, straciłam cierpliwość. Wszystko rozumiem, zadanie zadaniem, ale nie pozwolę, żeby nas zakatowali na śmierć za jakiegoś faceta.
- Przestań! – krzyknęłam widząc, że Kovac znowu ma zamiar kopnąć Max’a. Noga znieruchomiała, a bandyta spojrzał na mnie ze zdziwieniem. – Przestań – powtórzyłam, nieco ciszej. – Zostaw go…
- Zmieniłaś zdanie? – Kovac podszedł do mnie i złapał mnie za brodę, unosząc moją głowę wyżej, żeby popatrzeć mi w oczy. – Mów!
- Masz rację – westchnęłam. – Szukaliśmy cię.
- Żeby wyciągnąć Miltan’a? – zapytał z lekko triumfującym uśmieszkiem na ustach. Zapewne czuł się bardzo dumny, że złamał swoich więźniów.
- Nie wiem, kim jest Miltan – moje spojrzenie było absolutnie niewinne. A przynajmniej taką miałam nadzieję. – Mamy cię zabić…
- Co?? – Kovac wyglądał na mocno zaskoczonego.
- Zabić. Cię. Mamy. – powtórzyłam nieco wolniej i w stylu Yody. – Obojętnie w jaki sposób. Masz zginąć.
- Zrozumiałem za pierwszym razem – przerwał mi. – Nie jestem głupi…
- Najwyraźniej jesteś, skoro sprowadzasz swoich wrogów do własnego obozu – tym razem ja mu przerwałam. – Myślisz, że jesteśmy debilami? Że nie mamy wsparcia, że nikt nas nie pilnuje? To ogromna operacja, międzynarodowa, żeby cię dorwać!
- Nie pieprz! – wrzasnął. – Skoro to taka super operacja, to jakim cudem tak łatwo daliście się złapać??
- Taki był plan – kontynuowałam. Kątem oka zauważyłam, że Max uniósł się na kolana, plując krwią na prawo i lewo. – To był jedyny sposób, żeby się tutaj dostać. Sporo prawdy jest w tych wszystkich pogłoskach o tobie – dodałam. – Teraz dojdzie jeszcze jedna: że jesteś głupcem…
- Zamknij się! – ostatnie zdanie chyba wyprowadziło Kovac’a z równowagi, bo znowu się na mnie zamierzył.
- Zrób to, a niczego się już więcej nie dowiesz – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
- Zamknij gębę! – Max wypluł z siebie te słowa, wkładając w nie cały swój jad. – Powiedz jeszcze jedno słowo, a osobiście cię zabiję…
- Nic mi nie zrobisz – warknęłam. – Nie mam zamiaru tu zginąć, w dodatku za jakąś durną sprawę.
- Cisza! – Kovac lekko stracił cierpliwość. – Co jeszcze możesz mi powiedzieć? – zwrócił się do mnie.
- Szczegóły operacji – wyjaśniłam.
- Powiedziałem, zamknij się! – Max znów mi przerwał.
- Ale nie podam ci ich za darmo – kontynuowałam, zupełnie ignorując mojego partnera.
- A co za to chcesz? – Kovac zmrużył oczy, przyglądając mi się uważnie.
- Nie bądź śmieszny – prychnęłam. – Pytanie, ile one są warte dla ciebie…
- Każdy ma swoją cenę, tak?
- Moja jest wysoka – odpowiedziałam spokojnie. – I obawiam się, że cię na mnie nie stać – dokończyłam, a potem znienacka rzuciłam się na mojego strażnika, podcinając go i powalając na ziemię. Moja głowa trafiła go w splot słoneczny, na moment pozbawiając tchu. To był bolesny cios, bo facet jęknął. Wyrwałam mu karabin z dłoni i kolbą ogłuszyłam. Byłam pewna, że Max zrobił to samo ze swoim, bo oboje wylądowali kawałek dalej. Na nogi poderwaliśmy się praktycznie jednocześnie i skierowaliśmy lufy zdobytych kałasznikowów prosto w Kovaca. Stał nieruchomo, chyba zaskoczony rozwojem sytuacji. Nie spodziewał się oporu, czy jak?
- Co jest? – wydukał.
- Zaskoczony? – uśmiechnęłam się szyderczo. Podeszłam do niego i znów wykorzystując kolbę karabinu, powaliłam na kolana. Max swoją broń skierował w stronę trzeciego strażnika, który trzymał na muszce Chris’a. – Niech go rozwiąże – poleciłam, kiwając głową w głąb namiotu.
- Jeśli nie odłożycie broni, zaraz go zabije – wystękał w odpowiedzi Kovac.
- Śmiało – teraz odezwał się Max. – Jest kretem, więc i tak zginie… - splunął krwią na podłogę. Rzuciłam szybkie spojrzenie w stronę naszego związanego kolegi i dostrzegłam przerażenie w jego oczach. Czyżby Max wiedział więcej, niż mi się wydawało? Zatem Martom też. Nie spodobało mi się to, nigdy nie lubiłam być pionkiem w niczyjej grze.
- Rozwiąż go – rzuciłam stanowczo w kierunku strażnika. Ten patrzył na nas niepewnie, nie wiedząc co ma zrobić. – Rozwiąż go! – uniosłam lekko głos, jednocześnie waląc Kovac’a kolbą w kark. Upadł z głośnym jękiem, a ja szybkim ruchem wprowadziłam nabój go lufy i przycisnęłam ja do jego głowy. – Długo mam czekać? – zapytałam, już trochę spokojniejszym głosem. Bandyta chyba w końcu zrozumiał, że nie żartuję, bo odrzucił swój karabin i szybko przeciął więzy krępujące Chris’a.

- Chris, zwiąż go – polecił mu Max, też spokojnie. I równie spokojnie patrzył, jak ten wykonuje jego polecenie. Kiedy napastnik leżał skrępowany, Max kazał mu związać drugiego strażnika, po czym oboje dźwignęli Kovac’a na nogi i zaczęliśmy wychodzić z namiotu.

2 komentarze:

  1. Nie ma to jak obicie twarzy i innych części ciała w piękny dzień. Eh... Ale pięknie im to wyszło. Mam nadzieję, że uda im się doprowadzić sprawę do końca bez większych przeszkód. A Martoma nie lubię - ale to wiesz :D Czekam niecierpliwie co dalej z moja Olgą :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Normalnie bomba!!! Przeczytalam trzy twoje blogi i rewelacja!!! Czekam niecierpliwie na ciag dalszy.

    OdpowiedzUsuń